Samobójstwo

Co jeżeli ktoś twierdzi, że egzystencja w tym bagnie zwanym życiem na planecie opanowanej przez gatunek homo sapiens (który taka osoba uważa za wyjątkowo szkodliwy zarówno dla planety jak i innych ludzi) w zasadzie nie ma większego sensu, bo to i tak się kiedyś skończy, a po tym nie będzie już nic? Tutaj przy życiu trzyma głównie instynkt przetrwania. Paradoksalnie taki sposób myślenia może wyjść na dobre. Jak ktoś przyjmie podejście, że w sumie to dla niego bez znaczenia, w którym momencie umrze, o ile zostanie spełniony jeden podstawowy warunek – nie będzie świadom umierania (a o to niestety ciężko), to nagle przestaje specjalnie martwić się o swoją przyszłość. Dla takiej osoby śmierć to po prostu stan identyczny jak przed narodzinami. Coś, czego i tak nie uniknie i prędzej czy później go to spotka. Więc co za różnica, kiedy? Śmierć dla takiego kogoś to nawet nie jest wieczny sen bez snów. To jest po prostu dosłownie nic.

Nie namawiam tu nikogo do zaprzestania planowania swojego życia. Chodzi bardziej o pewną jego filozofię. W sumie to, o czym piszę, to nawet nie jest de facto o samobójstwie, ale o czymś z tym blisko związanym. W takim przypadku jednak, gdy osoba zdecydowała by się odebrać sobie życie, ale w sposób podobny do eutanazji – w kraju, w którym to legalne, to czy nadal oznacza to, że ma jakiś problem i szuka pomocy? Dla takiej osoby może to być po prostu logiczny wybór – wyzerowanie poziomu ryzyka, że kiedykolwiek jeszcze spotka tego kogoś w życiu jakiekolwiek cierpienie.

Skuteczny samobójca może nie dawać wcześniej żadnych typowych symptomów. Ba, może wręcz sprawiać wrażenie człowieka o wyjątkowo dobrym stanie psychicznym. Bo dla niego to uwolnienie się od czegoś, co jest dla niego jedynie utrapieniem. Skrzętnie to planuje i poznać go można po tym, że załatwia dużo zaległych spraw i porządkuje sobie życie po to by się z nim pożegnać z większym komfortem psychicznym.

Nie uważam również, że czyjeś stwierdzenie, że nie powinien się urodzić, zawsze świadczy o tym, że ta osoba ma problem. To po prostu podstawa antynatalizmu. Brak życia jest równoznaczny z brakiem cierpienia, a ono i tak, mniejsze lub większe, spotyka w życiu każdego. A przecież nikt nigdy nie żałował, że nie został poczęty… Więc po co płodzić potomstwo? Ludzie to robią, bo są egoistami i nawet nie zdają sobie z tego sprawy, że zaspokajają tym jedynie swoje potrzeby. Nie rozumieją, z czym tak naprawdę wiąże się stworzenie człowieka. Ktoś kogoś pytał przed narodzinami, czy chce żyć? Oczywiście, że nie, bo to niemożliwe. Skoro nie da się tego zrobić, to jakim prawem o tym ludzie w ogóle decydują podejmując taką decyzję? Jako że nie ma takiej możliwości, najbardziej logicznym wyborem jest po prostu zaprzestanie prokreacji i skazywania ludzi z góry na życie, jakiekolwiek by ono nie było…