Ego

Moje ego jest nienaruszalne. A wiecie dlaczego? Bo nie można naruszyć czegoś, co nie istnieje… To, co przed chwilą wygłosiłam, to sobie tylko wymyśliłam. Nie jestem o tym do końca przekonana. To mocno ryzykowna teza, mająca skłonić do refleksji. Zastanówcie się chwilę. Co to jest „ego”? To nie jest nic fizycznie namacalnego. Zatem nie da się tego naukowo udowodnić. Czy nie jest zatem bardziej logiczne założenie, że coś, czego istnienia nie można udowodnić, nie istnieje, niż że istnieje? „Ego” sobie wymyślił dziadek, który miał wyraźną fiksację na ludzką seksualność. Doszukiwał się związku z nią w ludzkiej psychice, gdzie tylko się da. Samo to powoduje, że bardziej rozsądnym byłoby patrzenie na jego nauki z dystansem. Ten dziadek to Freud. Później był Jung. Jego uczeń. Ten z kolei wymyślił „personę”. To bardzo ciekawe. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Niestety jego fascynacja Chrystusem go przekreśla. O ile Freud uskuteczniał dość mocno naukowe podejście, tak Jung uskuteczniał zbyt wiele górnolotnej gadki nie mającej ugruntowania w niczym.

Freud i Jung byli przyjaciółmi jednak ta przyjaźń zakończyła się w dość burzliwy sposób. W skrócie – jeden zrobił z drugiego wariata. I teraz postawcie sobie pytanie – jeżeli obaj byli mniej lub bardziej świrami, to czy chcecie opierać całą współczesną psychologię na naukach świrów? To bardzo mocne uproszczenie. Żeby nie powiedzieć – krzywdzące wobec obu panów. Ale zapomnijcie na chwilę o ich naukach. O ich definicjach, schematach, o ich szufladkowaniu tego, jak działa ludzki umysł. Co jak nie ma żadnego „ego”? Co jeśli to zwykły wymysł wynikający z niewiedzy? Chęć zdefiniowania czegoś, czego nie da się zdefiniować. Co jak „ego” jest jedynie nazwą roboczą dla „ja” powstałą jedynie na potrzeby psychoanalizy i psychoterapii. Co, jeżeli to tak samo, jak z każdym pojedynczym bożkiem, nie ważne jakim – Buddą, Mahometem, Jahwe, czy jakimkolwiek innym. To wszystko to są wymysły.

„Ego” też jest wymysłem. No bo przecież wymyślił je jakiś człowiek na naszej planecie. A co jeśli na innych planetach żyją (bądź żyły) cywilizacje podobne do ludzi. Myślicie, że tam także ktoś sobie wymyślił, że jest coś takiego jak „ego”? Że zawsze się pojawiał ktoś taki jak Freud? Toć to wszystko jest dziełem przypadku. Jedną wielką sumą ciągów przyczynowo-skutkowych, którymi rządzi chaos. To, co chcę tu nakreślić to to, że bardziej prawdopodobne jest to, że takie sztywne szufladkowanie mechanizmów ludzkiej psychiki jest po prostu błędne. To wynika z niewiedzy. To jedynie naiwne próby uporządkowania chaosu, który stoi za tym wszystkim. Tak, jak kiedyś ludzie wierzyli, że za pioruny odpowiada Zeus, tak teraz wierzą, że za ludzką jaźń, tożsamość i świadomość odpowiada „ego”.

Ciekawa jestem kiedy ludzkość dojdzie do punktu, w którym pojęcie „ego” będzie wspominane jedynie jako archaizm. Żeby takie coś się stało, ludzkość musi zbliżyć się do prawdy, czym tak naprawdę jest to, co próbuje się spłycić i zaszufladkować nadając temu pojęcie „ego”. Czy kiedykolwiek ludzki poziom inteligencji i wiedzy osiągnie pułap, by być bliżej prawdy pod tym względem? Tego się już raczej nigdy nie dowiem… To wymaga jeszcze tysięcy lat ewolucji. O ile po drodze nie nastąpi jakiś znaczący regres…

Faktem jednak jest to, że gdy przyjmuję postawę, że „ego” po prostu nie istnieje, wszystko zaczyna się klarować i znika masa sprzeczności wynikających z samego faktu istnienia tego pojęcia. To bardzo podobne zjawisko, co w religii. Weźmy tu chrześcijańską. Ludzie przez to strasznie się miotają, gdy muszą filtrować swoje zachowania przez pryzmat biblii. W momencie, gdy pojawi się w człowieku myśl „ciekawe, jak biblia się na to zapatruje?” to znak, że jest się w pułapce. Bardzo przykrej i ograniczającej umysł, pułapce. A wystarczy to odrzucić. Wtedy umysł się oczyszcza. Znikają te wszystkie bzdurne blokady i ograniczenia. Co, jeżeli z „ego” jest tak samo? Co, jeżeli daliśmy sobie wmówić, że jest tak, jak zostało opisane?

Jest jakaś inna dziedzina nauki, prócz psychologii, która w ogóle zakłada istnienie jakiegoś „ego”? Matematyka? Oczywiście, że nie. A jeżeli nie ona, to fizyka i chemia również. Biologia? Ona jest bliższa, bo przecież związana z organizmami. Nie ma sensu się w sumie doszukiwać „ego” gdziekolwiek indziej, niż w psychologii (i psychiatrii), bo się go nie znajdzie. Jest neurologia, neurobiologia. Ludzkość na dobrą sprawę dopiero poznaje działanie ludzkiego mózgu. A mamy XXI wiek.

Dlaczego więc zakładać, że Freud, 100 lat temu, opisał w rzeczowy i miarodajny sposób cokolwiek, mogąc się opierać jedynie na wiedzy naukowej sprzed całego wieku? To jest przepaść… może najwyższy czas na redefinicję pojęć współczesnej psychologii? Jak długo chcecie jeszcze bazować na idei, która powstała jeszcze przed II WŚ…? Na idei, która od samego początku może być błędna? Prawda jest taka, że gdy przyjmę podejście, że takie coś jak „ego” nie istnieje, analogicznie do tego, że żaden bóg, jakikolwiek by nie był, również nie istnieje, to jest mi znacznie lżej. Czy to nie jest wspaniałe? Czy z tych rozważań można by wyciągnąć jakąś konkluzję… Chyba tylko jedną, dość podstawową. „Myśl samodzielnie”.